Recenzja: Jedna bitwa za drugą to najdziksza przejażdżka DiCaprio po podzielonych Stanach Zjednoczonych Andersona

Recenzja: Jedna bitwa za drugą to najdziksza przejażdżka DiCaprio po podzielonych Stanach Zjednoczonych Andersona
Harsh Vardhan
28 wrz 2025, 12:16 PM
  • DiCaprio błyszczy w szalonej, wymykającej się gatunkowi opowieści o rewolucji.
  • Współczesna Ameryka wyobrażona na nowo jako zwariowane pole bitwy w rękach Andersona.
  • Każdy kadr pulsuje chaosem, humorem i nieoczekiwanym sercem.

Było lato 2008 roku, powietrze w Delhi było gęste i parne, a pomysł na klub filmowy zaświtał w głowie kilku studentom pierwszego roku literatury angielskiej.

Dla przykładu: sześcioro z nas upychało się w jednym z tych uniwersyteckich mieszkań, które miały cały urok opuszczonej szafki na miotły, taki, jaki widuje się w ponurych dokumentach BBC o życiu studenckim.

Miejsce ledwo się mieściło, ale to nie miało znaczenia; Mieliśmy plan. To, czego nam brakowało, to smak, przynajmniej na razie. Ktoś, wśród stosów płyt DVD i na wpół wypijanych puszek po piwie, zamienionych w popielniczki, zaproponował mi "Big Lebowskiego", film, o którym nigdy nie słyszałem.

Bądźmy szczerzy – nie znałem braci Coen, a nazwisko Jeffa Bridgesa było mi tak obce jak wegańskie bułki z kiełbasą.

Moja wiedza filmowa w tamtym czasie? Najlepiej opisany jako Bollywood skoncentrowany na Shah Rukh Khanie, z dużą dawką melodramatu i romansu i niewiele więcej.

Pokaz rozpoczął się z niskimi oczekiwaniami i mglistymi nadziejami dla firmy. Gdzieś w środku – być może tuż po incydencie z "dywanem" – do łazienki wślizgnął się kolega z domu.

Natychmiast został uciszony i zmuszony do uległości przez pozostałych. Usiądź. Zegarek. Bez zakłóceń. To była moja pierwsza prawdziwa lekcja kultowego kina: Koleś ma sposób na nawrócenie.

Nawet jako studenci zdumieni fabułą, próbowaliśmy zarejestrować się na Religię Dudeizmu (sprawdźcie, to jest prawdziwe). Była dzika radość w tej mieszance lekceważenia, tajemniczości i chłodu – koktajl, który utrzymywał się długo po tym, jak przeanalizowaliśmy każdy kadr.

Przenieśmy się do teraz. Otoczenie się zmieniło: stosunkowo ładniejsze mieszkanie w Londynie (dzięki Bogu za prawdziwe meble).

Moja faza "kolesia" jest być może na emeryturze – a może nie, ponieważ tryb Rickety Bathrobe pozostaje żywy i ma się dobrze, przynajmniej w weekendy.

A potem, jak błyskawica, spada zwiastun filmu Paula Thomasa Andersona "Jedna bitwa po drugiej". Natychmiast wracam do czasów studenckich na widok Leonardo DiCaprio garbiącego się na ekranie.

Chód, szlafrok, niespieszny chaos: niewątpliwa energia Kolesia, z nutą "zużytego przez życie rewolucjonisty".

To, co z tego wynika, jest zarówno hołdem, jak i wynalezieniem na nowo, miksturą Andersona, która jest w równym stopniu farsą i thrillerem, uwarzoną z myślą o dzisiejszych niepokojach, ale sfermentowaną w braku szacunku dla poprzednich pokoleń.

Odrodzenie Americany: chaotyczne pole bitwy Andersona

Filmowcy rzadko opierają się własnym znakom towarowym, a Anderson nie jest wyjątkiem.

W "One Battle Following Another" radośnie miesza składniki: współczesna Ameryka jest wyobrażona na nowo jako szalone, nasycone mediami pole bitwy, na którym satyra i akcja są zszywane nicią cienką jak nadzieja i tak silną jak desperacja.

Sekwencja otwierająca jest niepokojąca: francuska załoga rewolucyjna 75 – której nazwa brzmi jak koktajl i kłuje jak koktajl, przedziera się przez granicę, by uwolnić migrantów z amerykańsko-meksykańskiego ośrodka detencyjnego.

Scena najeżona jest Andersonowskim akcentem: wysokooktanowy absurd zderza się z ponurą rzeczywistością, w której Perfidia Beverly Hills Teyany Taylor staje ramię w ramię z pułkownikiem Lockjawem Seana Penna – para tak nieprawdopodobna i tak elektryzująca.

A jednak, mimo całej swojej energii kinetycznej, "Jedna bitwa po drugiej" wydaje się być na wiecznym skraju upadku, odbiciem złamanej narodowej psychiki i chaosu wywołanego zbyt wieloma alarmami prasowymi.

Jest to wizualnie przykuwające uwagę, dzięki decyzji Andersona o użyciu VistaVision, która sprawia, że szerokie ujęcia szalonych pościgów wydają się zarówno epickie, jak i klaustrofobiczne (tak, są momenty, w których może się trochę zakręcić w głowie).

To, co najbardziej rezonuje, to nie wielkość, ale pełzające zmęczenie; Każda potyczka wydaje się ostatnią, a każde zwycięstwo krótkotrwałe.

Nieprawdopodobna ewolucja DiCaprio

Obsada Andersona jest napięta, ale to Leonardo DiCaprio jest tym, który zakotwicza szaleństwo.

Wciela się w Boba Fergusona, wyblakłego rewolucjonistę, który teraz zagubił się we mgle samotnego ojcostwa, jego największą bronią jest szlafrok z frotte i najgłębsze chwile przy śniadaniu z córką.

DiCaprio nie jest tutaj napięty; Zamiast tego jesteśmy traktowani jako "tryb garbienia", w którym porażka i spryt mieszają się w sennej rozmowie.

Zawsze jest tuż za nimi – za fabułą, za nimi podczas snu – ale nigdy nie jest na zewnątrz.

To właśnie to człowieczeństwo, zamaskowane fasadą komicznej ruiny, sprawia, że Bob DiCaprio jest niezapomniany.

Złamane serce jest prawdziwe, nawet jeśli żarty lecą szybko. Kiedyś człowiek, który zmienił bieg historii, teraz chce po prostu przetrwać skutki katastrofy i zapewnić bezpieczeństwo swojej córce; Ambicje tego dnia są skromne i głęboko bliskie.

Anderson daje nam nie bohatera, ale ocalałego – postać, której kibicujemy jak Koleś, bo jest po trochu nami, po trochu każdym.

Do akcji wkracza Chase Infiniti jako Willa. Jest emocjonalnym pulsem filmu, wnosząc napięcie i ciepło, które nigdy nie popadają w banał. Dynamika relacji ojciec-córka jest narysowana zarówno z czułością, jak i dysfunkcją, ładując historię stawkami, które wydają się natychmiastowe.

Film jest w swej istocie o dziedzictwie, które przekazujemy, i o bitwach, które nie chcą się skończyć – nawet, zwłaszcza w rodzinach.

Szalony zespół

Jedna bitwa po drugiej nie spoczywa wyłącznie na DiCaprio. Pułkownik Lockjaw Seana Penna to objawienie: przerażający, czasem żałosny i pełen sprzeczności. Ociera się o kreskówkową nikczemność, ale zawsze się wycofuje; Chcesz go nienawidzić, ale nie możesz do końca.

Z kolei Benicio Del Toro wciela się w rolę sardonicznego senseia, oferując komiczną ulgę i uziemiając sceny o wysokim napięciu niczym szczypta soli w ciężkim gulaszu. Perfidia Teyany Taylor jest w równym stopniu stoicka, przebiegła i ostro zabawna – przywódczyni, której plany zbaczają z kursu tak szybko, jak sama fabuła.

Drugorzędna obsada – rewolucjoniści, zbiry z milicji, politycy – nigdy nie są wyrzuceni. Zamiast tego Anderson nadaje im niuanse, ucieleśniając absurdy ich przekonań za pomocą mrugnięcia okiem i ciosem.

Rezultatem jest delikatnie podtrzymywany chaos: polityka przedstawiona jako farsa, satyra bez kazań, nadzieja pośród błędów i straconych szans.

Obrazy i dźwięki

Technicznie rzecz biorąc, Anderson jest u szczytu swoich możliwości. Partytura Jonny'ego Greenwooda i napędza, utrzymując puls w napięciu, nawet gdy narracja się rozrasta. Kinematografia VistaVision tworzy wstrząsające zmiany, zamieniając sielski spokój w miejskie szaleństwo w mgnieniu oka. Efekt nie jest po prostu wizualny - jest instynktowny, a czasami oniryczny w swojej niesamowitości.

Kto kocha akcję, nie będzie chciał więcej. Pościgi samochodowe przedzierają się przez autostrady, walka w zwarciu podnosi adrenalinę, a każda klatka pulsuje z niecierpliwości. Jednak Anderson nigdy nie poddaje się pustemu spektaklowi; Zamiast tego każdy element scenografii wydaje się być żywą winietą, przypadkiem i intencją splecionymi ze sobą.

Przede wszystkim chodzi o ton – balansowanie tak niepewne, że nie powinno zadziałać, ale działa.

Śmiech jest ostrzejszy ze względu na grozę kryjącą się pod spodem, chaos pocieszający ze względu na swoją absurdalność. Anderson przeskakuje między gatunkami, odrzucając jedną definicję, i tworzy film, który jest nieprzewidywalny, zabawny, ponury i całkowicie urzekający.

Opór, nadzieja i wszystko pomiędzy

Zdejmij warstwy, a przekonasz się, że One Battle Following Second to przede wszystkim medytacja nad oporem. Czym tak naprawdę jest walka dalej?

Cykle protestów i wypalenia zawodowego w filmie przywołują na myśl prawdziwy aktywizm, a poprzez podróż Boba jesteśmy świadkami wyczerpania i małych zwycięstw znanych każdemu, kto próbował i potknął się przeciwko status quo.

Ojcostwo, odnaleziona rodzina i niekończące się żniwo związane z kolejną rundą na ringu – to prawdziwe tematy Andersona. Zagmatwana relacja między Bobem i Willą, w której Perfidia jest zarówno rywalką, jak i sojuszniczką, ugruntowuje intrygę, która w przeciwnym razie byłaby trąbą poważania. W epoce zacierających się granic moralnych film opiera się na tych powiązaniach, aby nadać kierunek i poczucie nadziei.

Najśmielsze zagranie Andersona

Podczas gdy echa Inherent Vice pozostają, ta wycieczka Andersona jest bardziej kinetyczna, bardziej kąśliwa i ostatecznie bardziej dostrojona do dzisiejszego dudnienia. Zamienia paranoję na ruch, nostalgię na odporność, a sentymentalizm na z trudem zdobyty humor.

Chaos może niektórych widzów zmęczyć, a szybkie zwroty tonalne mogą szarpać nerwy – ale właśnie o to chodzi. Anderson chce, żebyśmy się obudzili, a nie byli pocieszeni; zaangażowany, a nie odrętwiały.

Wstrząs wtórny

"Jedna bitwa za drugą" nie jest filmem na lekkostrawność. Jego przemoc jest niepokojąca, często oderwana, ale zawsze pilna.

Komiczne momenty przebijają się przez złamane serce, a na końcu to, co oferujemy, to nie czyste rozwiązanie, ale skomplikowane pokrewieństwo – zrozumienie, że parcie do przodu, walka przez kolejną godzinę, samo w sobie jest małym triumfem.

Poza hołdem, Anderson i DiCaprio dali świadectwo przetrwania, braku szacunku i dzikiej potrzeby nadziei.

Dla tych, którzy są zmęczeni kinem comfort food, "Jedna bitwa za drugą" jest wstrząsem – krzepiącym ustem pełnym absurdu i mądrości.

A dla każdego widza, który kiedykolwiek został uciszony podczas oglądania Big Lebowskiego, jest to wspomnienie o tym, dlaczego czasami filmy mogą sprawić, że niechętni święci i nieoczekiwanie uwierzą.

(Jedna bitwa za drugą wchodzi do kin 26 września w Wielkiej Brytanii).