Czy globalizacja zniszczyła amerykańską klasę średnią i czy Trump może ją ożywić?

  • Spadek liczby miejsc pracy w amerykańskim przemyśle produkcyjnym rozpoczął się przed globalizacją i był w dużej mierze spowodowany zmianami w produktywności.
  • Cła prawdopodobnie nie ożywią zatrudnienia w fabrykach ze względu na niedobory siły roboczej, wysokie koszty i wpływ kursów walut.
  • Reformy krajowe, a nie wojny handlowe, są najskuteczniejszym sposobem na podniesienie płac i odbudowę klasy średniej.

Łatwo jest obwiniać globalizację za wszystko: od znikających miejsc pracy w fabrykach po stagnację płac i niepokoje społeczne.

Wraz z powrotem Donalda Trumpa na urząd prezydenta, pogląd, że globalny handel doprowadził do upadku amerykańskiej klasy średniej, zyskuje coraz większą popularność.

To jest jeden z kluczowych argumentów stojących za jego agresywną polityką handlową.

Na kilka dni przed wyborami w 2024 roku obecny prezydent USA powiedział:

„5 listopada uratujemy naszą gospodarkę, wybawimy naszą klasę średnią i odzyskamy naszą suwerenność.”

Jednak rzeczywistość stojąca za tą retoryką jest znacznie bardziej złożona. Nowe dane, historyczne trendy i analiza polityki kreują obraz, który nie pasuje do utartych narracji politycznych.

Rzeczywiste zagrożenie dla klasy średniej może nie być tym, co ludzie myślą, a cła nie są rozwiązaniem, za jakie je wielu uważa.

Czy handel rzeczywiście doprowadził do upadku amerykańskiego przemysłu produkcyjnego?

To prawda, że zatrudnienie w amerykańskim przemyśle produkcyjnym zmniejszyło się z szczytowego poziomu 19,5 miliona miejsc pracy w 1979 roku do 12,8 miliona obecnie, zgodnie z analizą Wells Fargo.

„Szok chiński”, czyli fala utraty miejsc pracy, która nastąpiła po przystąpieniu Chin do WTO w 2001 roku, kosztowała Stany Zjednoczone szacunkowo 2 miliony miejsc pracy.

Ten wpływ, choć skoncentrowany i bolesny, dotknął około 1,5% amerykańskiej siły roboczej.

Ale nie zlikwidowało to klasy średniej.

W rzeczywistości otwartość handlowa w USA jest stosunkowo niska w porównaniu z większością rozwiniętych krajów. Import jako odsetek PKB pozostaje mniejszy niż w Niemczech, a nawet w Chinach.

Nawet przy deficycie handlowym większość dóbr konsumowanych w USA jest nadal produkowana w kraju.

Idea, że globalizacja zniszczyła amerykańskie fabryki, ignoruje dwie rzeczywistości: po pierwsze, większość utraty miejsc pracy nastąpiła przed szczytem handlu światowego w latach 2000., a po drugie, produktywność i automatyzacja zaczęły już wcześniej zmniejszać liczbę miejsc pracy w fabrykach.

Dlaczego płace tak naprawdę stały w miejscu przez 20 lat?

W latach 1973-1994 płace w USA praktycznie nie wzrosły, nawet po uwzględnieniu inflacji. Ale ten zastój nie rozpoczął się wraz z umowami handlowymi. NAFTA została podpisana w 1994 roku, znacznie po rozpoczęciu spowolnienia.

Najbardziej prawdopodobną przyczyną było dramatyczne spowolnienie wzrostu produktywności, które rozpoczęło się na początku lat 70.

W tym okresie miały miejsce również dwa kryzysy naftowe, galopująca inflacja, powtarzające się recesje i spadek znaczenia związków zawodowych.

Żaden z tych czynników zazwyczaj nie jest uwzględniany w popularnych narracjach na temat handlu, ale lepiej odpowiadają one rzeczywistemu przebiegowi stagnacji płacowej.

Jednakże, od połowy lat 90. wzrost płac realnych został wznowiony. Mediana dochodów osobistych wzrosła o około 50% od początku lat 70.

Według danych Economic Policy Institute, zarobki pracowników o niższych dochodach wzrosły o ponad 40% od 1996 roku.

To nie znaczy, że nierówności nie istnieją, ale podważa to przekonanie, że globalizacja spowodowała ogólny spadek poziomu życia pracowników.

Czy cła rzeczywiście mogą przywrócić miejsca pracy w fabrykach?

Ekonomiczny zespół prezydenta Trumpa twierdzi, że cła ożywią amerykański przemysł. Wells Fargo nie zgadza się z tym.

W niedawnej analizie bank oszacował, że przywrócenie zatrudnienia w sektorze produkcyjnym do poziomu z 1979 roku wymagałoby 2,9 biliona dolarów inwestycji kapitałowych i 6,7 miliona nowych pracowników.

Ale w kwietniu 2025 roku w USA bezrobotnych było łącznie tylko 7,2 miliona osób.

Koszt pracy jest jednym z głównych powodów. Amerykańscy pracownicy fabryczni zarabiają siedem razy więcej niż ich chińscy odpowiednicy, jedenaście razy więcej niż Meksykanie i szesnaście razy więcej niż pracownicy wietnamscy.

To sprawia, że Stany Zjednoczone są konkurencyjne tylko w przypadku produkcji masowej o wysokiej wartości dodanej, a nie w sektorach o niskich marżach, takich jak meble czy tekstylia.

A cła mogą się zemścić. Zwiększając cenę importu, często podnoszą wartość dolara.

Oznacza to, że amerykański eksport jest mniej konkurencyjny, co niweczy wszelkie korzyści dla krajowej produkcji.

Analitycy Wells Fargo zauważają również, że cła zwiększają niepewność cenową i szkodzą chęci firm do inwestowania w zatrudnienie lub rozbudowę mocy produkcyjnych.

Dlaczego płace są jednocześnie zbyt wysokie i zbyt niskie

Amerykańscy producenci stoją przed dziwnym paradoksem. Wynagrodzenia są zbyt wysokie, aby konkurować globalnie w produkcji towarów wymagających dużej ilości pracy. Ale są też zbyt niskie, aby przyciągnąć amerykańskich pracowników.

Praca w fabryce zarabia obecnie mniej niż przeciętna praca w sektorze prywatnym, około 90 centów na dolara.

To sprawia, że pracodawcom trudno jest obsadzić stanowiska w zawodach związanych z spawaniem, obróbką mechaniczną i innymi zawodami wymagającymi umiejętności.

Jednocześnie konsumenci nie chcą płacić więcej za towary produkowane w USA. W jednym z eksperymentów przeprowadzonych przez firmę produkującą głowice prysznicowe oferowano dwie wersje tego samego produktu: jedną produkowaną w Azji za 129 dolarów, a drugą w Ameryce za 239 dolarów. Spośród 584 klientów żaden nie wybrał wersji amerykańskiej.

To jest dylemat, przed którym stoi amerykański przemysł: odbudowa zbyt powolna oznacza zbyt wysokie koszty. Odbudowa zbyt szybka oznacza, że nikt nie będzie chciał tych miejsc pracy ani tych produktów.

Więc co naprawdę działa?

Jeśli cła nie przyniosą rezultatów, co mogłoby?

Bardziej skutecznym podejściem jest rozwiązanie krajowe. Wyższe płace minimalne, silniejsza ochrona związków zawodowych i polityka pełnego zatrudnienia przyniosły bardziej spójne rezultaty w podnoszeniu wynagrodzeń pracowników.

Te polityki przyniosłyby większy wzrost płac dla osób bez wyższego wykształcenia niż jakikolwiek instrument polityki handlowej.

Ważna jest również polityka przemysłowa. Na przykład ustawa CHIPS przewiduje celowane dotacje na przywrócenie produkcji półprzewodników do kraju i zmniejszenie ryzyka związanego z łańcuchem dostaw.

Ale i tutaj sukces zależy od wykwalifikowanej siły roboczej, której w USA brakuje coraz bardziej.

Postępowy program handlowy obejmowałby również kwestie globalnych standardów pracy. Jednym z pomysłów jest system taryf stopniowych opartych na wynikach krajów w zakresie praw pracowniczych.

Kraje z silną ochroną praw pracowniczych nie będą obciążone cłami; te, w których panują praktyki naruszające prawa pracownicze, będą obciążone cłami do 15%.

To nagrodziłoby gospodarki działające w uczciwy sposób, jednocześnie wywierając presję na inne, aby podniosły swoje standardy.

Kolejnym wyzwaniem jest polityka klimatyczna. Bez korekt węglowych na granicach, czystsze amerykańskie przemysły przegrywają z zanieczyszczającymi producentami za granicą.

System CBAM UE mógłby stanowić odpowiednie ramy: cła oparte na emisjach dwutlenku węgla zawartych w produktach importowanych.

Stany Zjednoczone mogłyby wprowadzić coś podobnego.

Na koniec, istotna jest polityka podatkowa. Amerykański kodeks podatkowy dla przedsiębiorstw zachęca firmy do przenoszenia zarówno zysków, jak i produkcji za granicę.

Zsynchronizowany globalny podatek minimalny i bardziej rygorystyczne przepisy krajowe mogłyby wyeliminować zachęty do przenoszenia dochodów za granicę.

Ostatecznie, globalizacja nie zniszczyła amerykańskiej klasy średniej, a taryfy prawdopodobnie też jej nie pomogą.